sobota, 22 sierpnia 2015

Upał!

Właściwie to się właśnie skończył - ale i tak, jak na Norwegię było niezwykle gorąco - 25 stopni w ostatnim tygodniu! Ładne rzeczy, a już myślałam, że ucieknę od polskiego skwaru ;) Ale dzisiaj już trochę popadało, także wszystko wraca do normy ;)

Przyjechali pierwszoroczni, mieliśmy Introduction Week - pływałam kanoe. Fajna rzecz, patrząc na pogodę ;) A oprócz tego, pochodziłam po okolicznych górach - wykończyłam to, co zaczęłam w maju, i już mam wszystkie ścieżki w okolicy zaliczone :D Zamierzam je zwiedzić od nowa. Chodzi o to, że mamy 6 różnych ścieżek, i przy każdej z nich stoi skrzynka z dziurkaczem o różnych kształtach dziur (serce, motyl itp.). Wcześniej uzbierałam wszystkie dziurki, teraz zamierzam zrobić drugą turę - bo od maja góry się nieco zmieniły ;) Dzisiaj miałam już iść na nocną wyprawę na Jarstadheię obejrzeć wschód słońca (kampus jest osłonięty od wschodu właśnie przez góry, więc nigdy nie widzimy słońca nad ranem). Niestety, trochę się to rozsypało - ktoś zaspał, ktoś się spóźnił, a jeszcze zachmurzyło się kompletnie. Ale już jutro i pojutrze ma być lepiej, także wciąż się na tę górę wybieram ;)

Poza tym, spróbowałam skoków do fiordu - z marnym skutkiem. To znaczy, uciekłam :P Chyba najpierw przypomnę sobie skoki na basenie ;) Ale i tak trochę nóżki w fiordzie pomoczyłam, woda ciut cieplejsza niż na wiosnę.

Kiedy tyyle nowych osób przyjechało, kampus się rozruszał aż za bardzo. W końcu postanowiłam uciec i od tego - za dużo nowego dla mnie! I znalazłam fajne miejsce na skałkach nad fiordem. Codziennie przychodziłam obejrzeć zachód słońca, a przy okazji czytałam książkę. Ostatnio, wzięłam się za powtórkę z... biologii. Nie, nie żartuję. Wciąż uczę się rozszerzonej matmy, fizyki i ekonomii. Po prostu odkryłam weterynarię na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie, gdzie biologia i chemia nie są wymagane, a niedosłyszący mile widziani. Do tego stopnia, że miałam już indywidualną rozmowę przez telefon z panem profesorem z dziekanatu - i z chęcią mnie przyjmą. Muszę tylko podczas przerwy zimowej (a może już w listopadzie się uda? Coś mnie bardzo nęci ;) ) załapać się na jakiś wolontariat w przychodni weterynaryjnej, żeby się dowiedzieć, jak poradzę sobie ze stetoskopem. A jeśli nawet będzie źle, to uczelnia mnie i tak przyjmie, przy czym wtedy nie mam co myśleć o pracy klinicznej, tylko bardziej naukowo-badawczej.

Skąd ta nagła zmiana? Ano, kto mnie zna, to może pamięta, że już w gimnazjum miałam myśli o patomorfologii, medycynie sądowej, później też o weterynarii. Tylko że trafiłam na niewłaściwe strony. Pisałam z UŚ - odpisali, że zależy od opinii lekarza medycyny pracy. Pytaliśmy się znajomych lekarzy medycyny pracy - nie wpuściliby mnie na medycynę. Co z tego, że z trupem i tak bym się nie komunikowała? ;) Zajrzałam na stronę SGGW - i zacytuję: ,,Na kierunku „weterynaria” każda niepełnosprawność dyskwalifikuje do studiowania i wykonywania zawodu lekarza weterynarii.". Dlatego bałam się biol-chemu, czy to w liceum, czy nawet w UWC - nie byłam przecież pewna, czy dam na tyle radę z IB i finansami, by móc kontynuować naukę za granicą. A skoro w Polsce wszyscy zamykali przede mną drzwi, to ciężko było mi się zdecydować na coś, po czym nie miałabym żadnych interesujących mnie studiów i zawodu. Że też nie znalazłam wtedy Olsztyna! Na szczęście, nic straconego - i właśnie dlatego wypożyczyłam z naszej biblioteki książkę do biologii dla liceum po polsku. Troszkę stara (rok młodsza ode mnie), ale jednak coś. Znalazłam też kursy na Internecie, więc nie jest źle. Poszperam jeszcze za książkami Campbella i Villego - podobno to jakieś dobre kompendia z biologii. Tylko, że u nas będą pewnie po angielsku, o ile je znajdę. Pan profesor i tak mnie pocieszył, że mieli już uczniów po mat-fizie, którzy dali sobie radę, chociaż kosztowało ich to trochę więcej czasu. Dlatego, póki mam czas, wolę go wykorzystać właśnie teraz.

Dobra, wracam już do RCN. Pewnie jesteście ciekawi moich pierwszorocznych :) Więc nade mną śpi Asta z Danii. Tak jak ja lubi góry, i pewnie razem pójdziemy na Jarstadheię. W ogóle to globtroter - zwiedziła trochę krajów w południowej Afryce, nic dziwnego, że bardzo ucieszyło to Edwinę (Namibia). Zna nawet jeden z języków zuluskich! Sympatyczna, aczkolwiek roztrzepany bałaganiarz ;)

Maria śpi na takim łóżku, jakie miałam w zeszłym roku. Miała prawdziwie latynoskie powitanie - kiedy przyszła po raz pierwszy do pokoju, zaraz się naszła reszta Kolumbijczyków (a mamy ich w sumie 4), przekrzykiwali się po hiszpańsku, wyściskali, a potem... tańczyli merengue ;) No, w tym roku na pewno nie będę narzekać na nudę w moim pokoju! Natomiast, Maria zadziwiła mnie zamiłowaniem do porządku, pewną powagą - zupełnie odbiegająca od obrazu stereotypowej Latynoski, co wcale nie znaczy, że jest źle. Wręcz przeciwnie: na pewno będzie świetnym kompanem, tylko na razie musiałyśmy, jako drugoroczne, przeczekać ten tydzień, bo miałyśmy dużo czasu na wszystko, podczas gdy pierwszaki odbywają różne aktywności, spotkania i testy na początek roku. Tak jak my kiedyś - tylko że nie wiedziałam, że tego było tak dużo, i że drugoroczni mieli wtedy tak dużo czasu! Ale jak tylko wszystko się ustatkuje, a pierwszoroczni się nieco sobą znudzą i swoimi rodakami, zaczynam z hiszpańskimi pogawędkami przy herbatce! ;)

Mam jeszcze swoją polską pierwszoroczną. Julia, co fajne, mieszka w pokoju razem z Hają (Zachodnia Sahara), więc może odświeżę sobie dawne znajomości ;) Przekazałam jej już legendarną prawie że walizkę z polską spuścizną kilkunastu pokoleń, a jutro organizujemy polskie spotkanko na dobry początek - z ciastem bananowym w tle. Będzie się okazja więcej zapoznać, bo jak pisałam - pierwszoroczni na spotkaniach i aktywnościach, a my kręcimy się wszędzie dookoła.

Poznałam też kilka innych fajnych osób, do czego dobrą okazją była gra w ,,Mafię" w czwartkową noc. Mamy też niewidomą Belem z Hiszpanii, która nas odwiedziła w maju. Jest bardzo fajna, zna dobrze angielski, więc pewnie sobie poradzi na lekcjach. Wszyscy są ciekawi, jak będzie pisać eseje czy testy. Ale nie wszyscy są tak śmiali, by rozmawiać z Belem osobiście, więc męczą Nityę (Botswana/Mauritius/Indie), która z nią mieszka, i się nią najbardziej opiekuje ;)

Ale wszystko się powoli kończy. Już pojawiły się plany lekcji - pozmieniali mi się nauczyciele z matmy i TOK. Czy na lepsze? Zobaczymy, najwyżej będę próbowała wyprosić coś u Alistaira ;) Za to hiszpański został podzielony na 3 grupy, i dzięki temu będę miała tylko 10 osób w klasie (w zeszłym roku było 2 razy więcej). W innych klasach zostaliśmy pomieszani, także będziemy się uczyć w trochę innym towarzystwie. No i nie ma Chińczyków na żadnej z moich lekcji, buu... ;)

Gadu gadu, a tymczasem zdjęć nie ma! Już postaram się coś wynaleźć :)

Pierwszy raz na skałach

I jeden z pierwszych zachodów słońca - też z perspektywy skał

Pierwsze wejście na Storemyrę (przełęcz) - w drodze na Storasen (szczyt)

I w tym samym kierunku, ale już z samego szczytu...

Najwierniejsi towarzysze wędrówek ;)

Ze Storasen można, tak jak z Jarstadhei, zobaczyć Dale. Przy okazji, widzicie śniegi na górach za fiordem? Topnieją chyba dopiero na jesieni - przecież pamiętam je bez śniegu, a na pewno nic nie spadło przez lato!

A tu Raudbua następnego dnia. Wiało, zachmurzyło się, ale i tak coś słońca było widać. Nawet ciekawie, bo woda pokazywała światło, którego nie było widać na niebie - czysta fatamorgana! W dodatku z pozornymi dwoma źródłami światła

Zdecydowanie najlepsze zdjęcie - wysłałam je nawet na szkolny konkurs z okazji wrześniowego dnia pokoju. Nie było tak ciemno - był jeszcze dzień, ale aparat w telefonie wszystko zaciemnił i upiększył zdjęcie. Powiększcie sobie - a może zauważycie feniksa rodzącego się w słońcu?

środa, 19 sierpnia 2015

Wszyscy jesteśmy staruszkami!

Dosłownie! Zadomowiłam się już w moim nowym pokoju, a tymczasem dzisiaj w nocy przyjeżdżają nasi pierwsi pierwszoroczni. Jak ten czas zleciał! Teraz to my będziemy niby od opieki nad młodszymi współlokatorkami (pewnie, pewnie... ;) ). Z drugiej strony, mam w końcu pokój na parterze, z biurkiem przy oknie (widok na fiord!), mapą i motylami w łóżku - i naprawdę, czuję się prawie jak w domu. Wczoraj pobiegłam do Flekke i z powrotem - i trochę się zmieniło. Mamy wyasfaltowaną część uliczek na kampusie (wcześniej były żwirowe), lato jest najzieleńsze, jakie widziałam (akurat w Polsce była jeszcze susza, jak odlatywałam), i widoki się zmieniły - kwitną inne rośliny niż w maju, i łąki toną w fioletach i żółci! Właśnie mam wazon z różnymi fioletami, których, oprócz wrzosów, nie umiem zidentyfikować ;)

Zadomowiłam się też w Bergen. Podczas wakacji zajrzałyśmy z Anią do Norwegii, i sporo żeśmy pochodziły po Oslo i Bergen (10-15 km dziennie, a w Bergen 25 z wejściem na Floien - górę nad miastem!). Nic dziwnego, że gdy przyjechaliśmy na Bergen Day we czwartek, z radością odkrywałam w mieście znajome zaułki :)

A teraz, cóż tu dalej mówić, emocjonuję się przed przyjazdem pierwszej pierwszorocznej. A w ogóle, mieszkam w pokoju z Edwiną (Namibia), Katherine (Norwegia, w naszym domu jest teraz 7 Norwegów!), a z pierwszorocznych: Asta (Dania, przyjeżdża w nocy) i Maria z Kolumbii, która jest na letnim kursie, i przyjedzie jutro w ciągu dnia. Za godzinę w szwedzkim domu odbywa się tradycyjna mafia, więc będzie jak zabić czas. I nie, nie oczekujcie że zacznę powtarzać materiał przed lekcjami. Jeszcze mam wakacje! Wszyscy i tak już wyczekujemy, były oczywiście fałszywe alarmy (stałam z Katherine o 16, czekając na autobus-widmo ;) ). Już nawet pomagałam sprzątać w innych pokojach, bo nie umiem usiedzieć w miejscu ;) Przyznam się - tego posta też piszę z nadmiaru czasu ;)

Dobra, kończę już narzekanie, a tymczasem kilka zdjęć:

Fragment mojego kąta - zdjęcie kiepskie, wiem!

To, co najbardziej lubię w Bergen - małe, wąskie uliczki... 

...czasami składające się wyłącznie ze schodów albo szpar między domami, dzięki którym Bergen wydaje się... całkiem małe i swojskie ;)

Niesamowity zachód słońca nad miastem - ze szczytu Floien

Wszystkie koty z Bergen - dorzuciłam też te zobaczone w wakacje ;)



Chyba najlepszy - i to chyba była ulica a nie podwórko ;)

piątek, 19 czerwca 2015

WAKACJE!!!

Wszystko dobrze, ale w domu najlepiej. Zwłaszcza gdy IB mocno daje ci w kość, a właśnie w ostatnich tygodniach na nadmiar wolnego czasu narzekać nie mogłam. Najpierw egzaminy, a zaraz potem z większości przedmiotów wzięliśmy się za "Internal Assesment" - takie eseje/raporty, które się wliczają do oceny końcowej z matury (20-30% tej oceny!), i mają różne formy, zależnie od przedmiotu. Niestety, część została nam zadana na wakacje. Plus mój biedny Extended Essay - coś a'la praca inżynierska, tylko na licealnym poziomie. Moją robię z matematyki, o zastosowaniu rachunku różniczkowego w ekonomii. W ogóle, ciężko wziąć mi się za ,,czystą" matematykę - jako IA napisałam już pracę o zastosowaniu trygonometrii w astronomii, i mam nadzieję, że nie obetną mi punktów za ciągłe nachodzenie na inne przedmioty w moich pracach ;) Został mi jeszcze ten duży esej, EE, plus raport z działalności politycznej na Global Politics (kiedy ogłosiłam potrzebę działalności politycznej w wakacje, dziadek był w szoku... No cóż, jaki kraj, taka polityka ;) ), plus aplikacje na uniwersytety i, prawdopodobnie nauka do... SAT-ów. Tak, to są te amerykańskie egzaminy. Odkąd na spokojnie przeglądnęłam z rodzicami oferty linii lotniczych, wyszło na to, że Ameryka wcale nie jest daleko - wyobraźcie sobie, że do RCN podróż przeciętnie trwa dłużej, niż do wielu uniwerków ze Wschodniego Wybrzeża Stanów! A więc: nie patrzeć na odległości kilometrowe, tylko godzinne!

A z tymi amerykańskimi perspektywami tak nagle wyszło, bo finanse na studia się kłaniają, niestety. Na szczęście, już za dwa tygodnie Reunion Towarzystwa, czyli spotkanie wielu stypendystów i absolwentów takich stypendiów, na jakim ja jestem, i przy okazji się co nieco dowiem o różnych kierunkach studiowania i sposobach radzenia sobie z kosztami w Europie. Amerykanie mają bowiem filantropię wpisaną w etos uniwersytetu, i szczodrze sypią groszem, podczas gdy w Wielkiej Brytanii zmuszona byłabym wziąć rządowy kredyt. Bez odsetek, oddawany dopiero po zdobyciu dobrze płatnej pracy, ale jednak kredyt to kredyt, średnio podoba mi się posiadanie tysięcy funtów długu na karku.

Tak czy siak, gdziekolwiek aplikuję, mnóstwo formularzy się pojawia, z czego na niektóre uczelnie daty aplikacji są już w połowie jesieni, a większość ma już zimą, co jest dużo wcześniej niż w Polsce. Najśmieszniejsze, że jeszcze nie wiem, co chcę studiować, a, zwłaszcza w europejskich aplikacjach, trzeba pisać podania na konkretny kierunek studiów, i jeszcze umieć to wystarczająco umotywować, że to jest nasz wymarzony kierunek życia, itp. No cóż, niezadługo będę musiała zacząć walkę z biurokracją.

A tymczasem, uczę się jeszcze na prawo jazdy i już w następnym tygodniu zacznę jazdy praktyczne. Zamierzam skończyć z całym prawkiem przed Reunionem (chyba że same egzaminy wypadałyby po), tak samo chcę napisać te eseje i formularze, bo w końcu jestem na wakacjach, i po Reunionie chcielibyśmy gdzieś powyjeżdżać, po Polsce i świecie, i generalnie nabrać siły przed nowym rokiem. Do Bergen muszę już dotrzeć 13 sierpnia - więc nie zostało tak wiele czasu!

Tyle tytułem wstępu, a z ostatnich dni szkoły:

1. Koniec roku (graduacja) drugorocznych (23.05)

Cały dzień przeminął pod znakiem łez, których nie uroniłam ani jednej kropli, za to Latynosi podeszli do tego bardzo emocjonalnie. Rano jeszcze poszłam posprzątać Dom Młodzieży we Flekke po ostatniej wieczerzy drugorocznych, i oczywiście miałam w tym interes - dostaliśmy za służbę pyszne napoje i słodycze ;) Po południu była cała oficjalna ceremonia - ze dwa występy drugorocznych, rozdanie im świadectw, a oprócz tego cała gadanina - rektor, prezes rady nadzorczej szkoły, przewodnicząca Norweskiego Czerwonego Krzyża, miejscowy wójt, delegacja drugorocznych, i nawet norweska sekretarz stanu. Z tego wszystkiego najlepszy był chyba wójt, który miał też najkrótszą, i najmniej oficjalną mowę. Ciężko mi było go zrozumieć, ale przy każdym zdaniu wszyscy się śmiali, więc coś było na rzeczy ;) A później, wieczorem, większość drugorocznych odjechała.

2. Wycieczka na Svanoy (24.05)

Na poprawę humoru, wywieźli nas z pustej szkoły. Właściwie, to była wycieczka głównie dla klasy biologicznej i ekologicznej, bo prowadzili oni swoje badania w ramach IAs. Konkretnie, to wylądowaliśmy w takiej zatoczce (ja im pomagałam):

Było deszczowo, w końcu wyspa prawie że na pełnym morzu. Ale widoki wynagradzają wszystko!
Chodziliśmy wzdłuż brzegu, a niektórzy nawet po wodzie, i rejestrowaliśmy wszelkie stworzenia żywe - całkiem fajna zabawa!

Moje ulubione zdjęcie z wyjazdu - Marco (Włochy) i jego krab. Nie, nie kłuło. To znaczy, nikt nie sprawdził, bo Marco zaraz potem wrzucił kraba do wody. Zdjęcie zrobiłam w ostatniej chwili!

Główną atrakcją były jednak renifery - wyjątkowo w tym roku wycieczka była jednodniowa, więc tylko odżywialiśmy się i siedzieliśmy w farmie reniferów i innych jeleni, podczas gdy we wcześniejszych latach nasi n-roczni także spali na wyspie, w starej szkole. Natomiast, myśmy trochę pomagali z pracami gospodarskimi (segregacja i sprzątanie ściętych pni i gałęzi w lesie), i na zmiany szliśmy odwiedzać renifery. Z tym, że nie ogarnęłam systemu zmianowego, i zamiast 0,5 h w lesie + 0,5h u reniferów + 0,5h odpoczynku spędziłam... 1,5h w lesie. Na koniec, Jelena (Chorwacja, odchodząca już nauczycielka biologii) mnie zobaczyła i była w szoku - ale za to pozwolili mi zobaczyć renifery jeszcze przed obiadem, więc poszliśmy tam w kilkoro osób - ja, Edmilson (Angola), Alexis (Szwajcaria/Szwecja), Nimra (Pakistan) i Summer (nauczycielka filozofii, Kanada). Spotkaliśmy też zające, a późnym wieczorem był jeszcze wykład o farmie i życiu reniferów. Jako że miałam pisać artykuł dla Oystercatchers o Svanoy, miałam też mimowolny wywiad z właścicielką farmy, którą widzicie też na zdjęciu. Niesamowite życie - już z 30 lat na wyspie, z dala od cywilizacji (mam na myśli większe skupisko ludzi - bo troszkę innych ludzi też tu mieszka), od rana do wieczora nad reniferami, plus dorabianie sobie w sklepie i na poczcie, wizyty na lądzie najwyżej raz na miesiąc, a przy tym ogromna satysfakcja z pracy, i wciąż z mężem nie chcą porzucić Svanoy!

Ta dam! W pierwszej chwili nie wiedziałam co to jest, później mi wytłumaczono, że tak kiedyś wyglądała kasa fiskalna. I ciekawostka historyczna: czy widzicie, że nie można wbijać liczb trzycyfrowych (białe przyciski są do wbijania koron, czarne - ore, czyli odpowiednika groszy)? Tak mało się kupowało, albo też tak silny był pieniądz. No i jeszcze ta nazwa: jak pieniądze, to tylko u ,,Americana" ;)

Uwaga, wulkany!
Nie no, normalne góry. Ale chmury robią swoje ;)
W ogóle, podróżowaliśmy łodzią prosto z college'u na Svanoy, i z powrotem (jakieś 1,5 h). Gdyby była lepsza pogoda, cóż by były za widoki! 
Aha, i zdjęcie było zrobione gdzieś o 10 wieczorem. Norweskie lato :)

3. Laski (26.05 - 02.06)

I chociaż na tydzień polski opanował szkołę! Przyjechała do nas grupa z Lasek, którą gościliśmy w naszych pokojach, pustych po odjeździe drugorocznych. W naszym była Kasia, z którą spędziłam wiele radosnych chwil, też razem z Izą. Było wspaniale! Trochę się bałam na początku pomimo doświadczeń z Riderrenet, no jak się niedosłyszący ma z niewidomym dogadać? Ale potem wszystko jakoś sobie poszło, a laskowicze byli fantastyczni! Do tego stopnia, że może w następnym roku zaaplikuję na jesienną wyprawę do Lasek, o ile się odbędzie. Wszystko przez to, że cała nasza wymiana między szkołami była finansowana w ramach jednego projektu, który się właśnie skończył. Mam nadzieję, że coś na to wymyślą! ;)
W ogóle, za dużo zdjęć nie zdążyłam zrobić, ale trochę mam! Robiliśmy różne rzeczy - kajakowaliśmy po fiordzie, zwiedziliśmy Heggnes, i duużo rozmawialiśmy. Na szczęście, nikt mnie nie zabił za to, że przy mnie nie mogli nauczyć się angielskiego - naprawdę, od mówienia po polsku nie mogłam się powstrzymać, a angielski poszedł sobie precz! (Do tego stopnia, że zdarzyło mi się odezwać do kilku nauczycieli po polsku :P ).

Wyprawa do Heggnes - sporo deszczu, ale za to z podwójną tęczą na koniec!

Te zdjęcia były zrobione... o północy! Norweskie lato :)
Wymknęłam się po smacznej pizzy i szwedzkich ciasteczkach, żeby nacieszyć się ostatnimi dniami. W ogóle, chyba wszystkich ogarnęła wtedy nostalgia, na kampusie ludzie robili dużo zdjęć, i wyglądało to tak, jakbyśmy już wrócić nie mieli. Ale już za dwa miesiące będziemy z powrotem!

I co z tego, że to był 30 maja? Śniegowi wcale to nie przeszkadza!

Za to trochę niżej już pojawiło się coś na kształt naszych hal...

Ogromne drzewo przy Beker's House, domu-w-którym-podobno-straszy, a który tak naprawdę jest oficjalną rezydencją królowej podczas jej wizyt. 

No i w końcu wygrzebałam jakieś zdjęcie ludzi: pewnego dnia, poszliśmy pooglądać (podotykać) różne stworzenia morskie, które Jelena przechowuje w baniach z wodą. Krzyku było co niemiara, ja też pierwszy raz w życiu mogłam potrzymać różne małże, jeżowce, skorupiaki, jakieś gąbki, a nawet kraby. W tle - mewy, dla których nasza obecność nie miała żadnego znaczenia.

Zawartość bań :) Aha, i to są stworzenia z norweskich wód, nie trzeba było się wybrać w tropiki ;)

4. W międzyczasie miałam też Leirskule, i idzie mi coraz lepiej! Przyjechała też część wolontariuszy z letniego kursu, która była teraz w Tajlandii. Mieli też swoją prezentację, w sumie fajne, ale widać, że czas zrobił swoje...

5. W międzyczasie odkryłam przez przypadek Boba Dylana, co oznaczało, że przez następne tygodnie mimowolnie nuciłam ,,Hard rain". W zasadzie nikt się nie dziwił, bo, pomijając właściwy sens piosenki, refren idealnie pasuje do klimatu Flekke ;)

6. Wyprawa na Galdhoppiggen - największą górę Norwegii (05-06.06)

Na to już pół roku temu się zapisałam, i było warto! Chociaż przez pogodę nie mogliśmy zdobyć Galdhoppiggen, i musieliśmy poprzestać na górce wielkości Jarstadhei, było co robić! W piątek już rano pożegnaliśmy szkołę, i uniknęliśmy ostatniego dnia lekcji. A potem cały dzień podróży, jakieś 6h autokarem Czerwonego Krzyża razem z uchodźcami. Braliśmy bowiem udział w imprezie Czerwonego Krzyża, i cała wspinaczka była organizowana głównie dla uchodźców, żeby pokazać im Norwegię. Dołączył się do nas jeszcze jeden namolny Rosjanin, ale póki tylko częstował nas orzechami i dużo gadał, z rezerwą go tolerowaliśmy. Wieczorem jeszcze poszliśmy na festyn kulturalny, na którym było darmowe jedzenie. A potem i tak zrobiliśmy sobie ognisko nad rzeką, bo mieliśmy namiot na polu kempingowym tuż nad główną rzeką Lom - naszej wsi, z pięknym widokiem na miejscowy średniowieczny kościółek. Koło północy wczołgałam się w śpiwór, razem z piątką innych zaplanowaliśmy spanie na dworze. Akurat po dwóch godzinach zaczęło lać, więc musiałam uciec do namiotu, ale i tak nic nie przebije leżenia na rześkim powietrzu podczas polarnej (czytaj: jasnej) nocy ;)

Następnego dnia, zaczęła się właściwa wspinaczka. Przełożyli ją o godzinę, a jeszcze na samym początku jeden człowiek dostał zawału na trasie, i cała wycieczka się zablokowała. Było pełno ratowników Czerwonego Krzyża, nawet helikopter przysłali, ale podobno ten człowiek zmarł. Po półgodzinie wznowiliśmy wędrówkę, przy czym dla mnie to był prawdziwy wyścig, bo byłam jedyną z naszej grupy, która musiała zdążyć na 17 na autobus z Lom do Oslo. Wszystko przez to, że miałam stamtąd samolot do Polski w niedzielę rano. Więc, przy zejściu przedzierałam się bezczelnie przez wszystkie grupy do przodu, po czym się okazało, że przednia grupa, w której się znalazłam, zgubiła drogę, więc musieliśmy przepuścić inne grupy kroczące właściwym szlakiem, i dopiero wtedy na niego weszliśmy. Więc co? Musiałam trafić z końca na przód kolumny od nowa! Na szczęście, udało się, razem z Dunkami, Solveig, Mar i paroma innymi. Ale i tak zdążyłam się porozkoszować widokami, i zrobiłam trochę zdjęć w trakcie wędrówki i na szczycie. A w ogóle, mam też filmiki - musiałabym kiedyś je zmontować, to samo ze Svanoy!

Po drodze do Lom mijaliśmy różne zaczarowane doliny, jak ta - prawie Wyspa Księcia Edwarda...


Zagubiona chatka

Potem prawdziwe góry się już ujawniły

To było robione z poziomu okna w autokarze - tyle było śniegu!

Pierwszy widok Lom

Tajemniczy budynek, który mi przypomniał blokhauzy z książek przygodowych o kanadyjskiej Dalekiej Północy sprzed dwustu lat

Wejście na plac kościelny, albo okno na świat

To, co mnie fascynowało najbardziej - głowy smoków! W ogóle architektura tych stron różniła się mocno od Zachodniego Wybrzeża. Zacznijmy od tego, że XIX - wieczne kościoły na Zachodzie są białe, a średniowieczne kościoły klepkowe Wschodu - czarne, jak widać. Ten kościół jest zresztą jednym z najstarszych w Norwegii, i zrobił na mnie największe wrażenie. W dodatku, kiedy spacerowałam wokół, ze środka było słychać jakieś śpiewy chóralne. Czas się cofnął, i w wyobraźni znów byłam w epoce Wikingów. A kościół jak stał, tak stoi.
 
                                                                              


W czasie wędrówki, podczas przymusowego postoju - jeszcze nie wiemy, co się na przodzie dzieje

Potem wytyczyli nam okrężny szlak, więc z góry widzieliśmy akcję ratunkową, której nie ośmieliłam się sfotografować, chociaż co niektórzy filmowali (hej, ten facet umiera!). Dopiero na tak bliski widok helikoptera nie pozostałam obojętna

Tam daleko Galdhoppiggen...
Góry szczerzą kły

I pierwsze widoki ze szczytu! Prawdę mówiąc, nie umiem znaleźć nazwy szczytu, myślałam że nazywał się Rosheim, ale nawet norweski Google nie pomaga :P

Gdzie nam, ludziom, do tych olbrzymów?

Cała nasza grupa ze szkoły

W drodze ze szczytu

7. Podróż do domu (06-07.06)

Rozbiłam na dwa punkty, bo zrobiło się za długie ;) Po górach szybko wróciliśmy do Lom, przebraliśmy się, i hajda na autobus! Ulrikke, Katrine i Sophia (Dunki) miały samolot też w niedzielę, ale z innego lotniska, więc mogły się przespać w Gardemoen, podczas gdy ,,moje" Sandefjord było zamykane na noc, i dlatego ja i Mar spałyśmy u Solveig, która mieszka właśnie paręnaście kilometrów do lotniska, jak się okazało. Najpierw jednak, spędziłyśmy kolejne kilka godzin w podróży pięknymi krainami, trochę innymi niż okolice Flekke, ale i tak zapierającymi dech w piersiach! I w końcu, kiedy straciłam nadzieję, zdążyłam zobaczyć i powąchać bzy podczas postoju, moje ukochane majowe kwiaty! Drobnostka niby, ale w Norwegii okres wegetacyjny zaczyna się później, i dzięki temu na początku czerwca bzy jeszcze kwitły w pełni! Niesamowita podróż :)

W Oslo przesiedliśmy się na pociąg do Sandefjord (120 km od właściwego Oslo), i akurat w pociągu spotkałam dziewczynę, której brat chodził do UWC RCN - miałam na sobie bluzę z college'u. Ot, niech żyje UWC ;) Dom Solveig też był wspaniały - z kotem (! - już wiecie, co to dla mnie znaczy), mnóstwem książek, pianinem, i gorącymi, najprawdziwszymi francuskimi croissantami na śniadanie. Serio, to co kupujemy w Polsce, to nie są żadne croissanty ;)

Zdjęcia z podróży:

Najpierw kompletna dzikość, wciąż wysokie góry

A owce poszły się zatankować na stację ;)

Inny kościół klepkowy - Stavkirke w Ringebu, 100 lat młodszy od tego w Lom

A potem zaczęła się cywilizacja! Najpierw nieśmiało pojawiły się duże łąki, a potem coraz więcej wsi i domów, aż w końcu w okolicach Lillehammer (tak, tam była Olimpiada, i słynna skocznia narciarska) pojawił się typowy... polski krajobraz. Jak w innym świecie! Prawdę mówiąc, nie wiem do końca, czy byłam przyjemnie zaskoczona odkryciem innego, tak swojskiego oblicza Norwegii. 

Na szczęście, po drodze było jeszcze dużo wody, jezior i rzek, i, zwłaszcza przed Oslo, mnóstwo mostów. Za to tuneli prawie wcale, głównie na początku, w górach

Dworzec kolejowy w Oslo - jedenasta wieczór, i co z tego, że Oslo jest bardziej na południe? To wciąż norweskie lato :P

Panorama miasta (lepiej nie powiększajcie, zamazane strasznie!)

Jakaś bardziej futurystyczna estakada

Chyba ratusz w Oslo

Wreszcie! Nareszcie, po raz pierwszy leciałam przy takiej pogodzie i o takiej porze dnia, że mogłam nacieszyć się porządnymi widokami z samolotu i Bałtykiem :)

Dania

... I w końcu Polska!!!

No i teraz wakacje. Akurat przyjechałam na upały - w swetrze, kurtce i butach zimowych, prosto z gór, gdzie temperatura oscylowała w okolicach zera. A we Flekke 15 stopni nie było od września! Nic dziwnego, że teraz dziwnie mi gorąco, i przeważnie chodzę w krótkim rękawku ;) Ale za to odpocznę totalnie od Norwegii ;) Nie żebym miała coś, ale przyda się jakieś urozmaicenie, a już za 2 miesiące wrócę do krainy fiordów :D (Tylko co będzie za rok?!)

Aha, i nie wiem, czy będę pisać na blogu. Zależy, jak mi się potoczą wakacje, ale jeśli będę miała trochę czasu i ciekawe zdjęcia/opisy, to postaram się coś wrzucić :)